czwartek, 24 lipca 2014

Spódnica z szyfonu (Papavero)

Spódnica zwiewna i delikatna niczym mgiełka - w sam raz na lato. Szyła się bardzo, bardzo, bardzo długo. Aż wstyd pisać jak długo. Ale co się dziwić - toż to szyfon, który właśnie trafił na moją czarną listę znienawidzonych tkanin! Boże, mam nadzieję, że więcej nie będę musiała dotykać tego diabelstwa. Najśmieszniejsze jest to, że sama pomagałam Marcie wybrać materiał. Pięknie strzeliłam sobie w stopę.


Marta, moja kuzynka, wymarzyła sobie taką oto spódnicę: krótki przód i długi tył.
Nie mogłam jej odmówić ponieważ:
1. Jest moją bliską kuzynką i sąsiadką, znam ją od dziecka i mimo, że dzieli nas różnica dokładnie 10 lat - świetnie się dogadujemy.
2. Staś za nią przepada a Ona za nim. Gdy tylko może przychodzi do nas i porywa nam Młodego na spacer.
3. Nosi na nadgarstku bransoletkę ze znakiem nieskończoności - nie da się ukryć, że ma fizia na punkcie matematyki. Co się dziwić, ma to w genach po mamusi, nie mogła wybrać innego kierunku studiów co mi osobiście bardzo imponuje bo ja z maty jestem totalna noga ;)
4. Jest spokojna, opanowana i potrafi długo nosić Stasia na rękach :D Co dziwne twierdzi, że jest cholerykiem. Ha ha ha to kim ja jestem? Furiatem??!!

Wykrój prawie idealny znalazłam na Papavero. Część z Was napewno kojarzy śliwkową sukienkę (KLIK), z której zakosiłam dół  i tak oto powstała zwiewna spódnica. Aby nie prześwitywała wszyłam podszewkę.


Marta stanęła w kolejce za rozumem a nie za wzrostem więc i przód i tył musiałam dość znacznie skrócić. Zrezygnowałam ze szwu z tyłu a zamek przeniosłam na lewe biodro. Niestety nie miałam zamka w kolorze tkaniny, ostatecznie wszyłam beżowy kryty i chyba da się przeżyć...




Możecie wierzyć lub nie ale na zdjęciach spódnica wygląda smętnie ale na żywej bryle ożywa :) A w ruchu to już w ogóle wygląda mega! W piątek Martka jedzie na wczasy i zabiera ze sobą spódnicę. Liczę na jakieś fajne foto/stylizację w spódnicy na tle gór albo morza. Jak tylko dostanę to zamieszczę tutaj na blogu.

Pozdrawiam!
Sus

PS. Jeszcze jedno słowo nt. manekina regulowanego ponieważ dość często o niego pytacie. Zdecydowanie pomaga w pracy ale nie liczcie na to, że w 100 % odzwierciedli figurę żywej kobiety. Mimo, że poustawiacie sobie na nim wymiary jak u osoby dla której szyjecie to i tak ciuszek wymaga przymiarek i poprawek. Figura manekina jest idealna - nasza nie: tu nieco brzuszek odstaje, a to pośladki są płaskie lub zbyt wystające  itp. Zawsze trzeba indywidualnie dopasować. Niemniej przydaje się ponieważ z jego pomocą mogę sobie zrobić ogólny zarys projektu a potem tylko dopasować na przymiarkach.

wtorek, 8 lipca 2014

ZORKOWNIA - książka niezwykła

Jakiś czas temu odezwała się do mnie Pani z wydawnictwa ZNAK z ofertą książki Agnieszki Kalugi "ZORKOWNIA". Z pewnością część z Was zna Panią Agnieszkę i czyta jej bloga. Ja nie znałam. Poszperałam w necie o co chodzi i... zawisłam z podjęciem decyzji: brać czy nie brać. Mąż przekonywał: "zostaw to, nie bierz, to nie jest lekka lektura". A mnie cały czas kusiło. W końcu recenzja na blogu nie była koniecznością. OK, poprosiłam o książkę i po kilku tygodniach listonosz przyniósł paczuszkę.

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.znak.com.pl

Staś poszedł już spać, zrobiło się późno, usiadłam w kuchni i zaczęłam czytać. Nie mogłam oderwać się od książki na zmianę przewracając kartki i wycierając łzy. Tak, nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna - tym bardziej dla kogoś, kto kilka miesięcy wcześniej stracił bliską sercu osobę, która o ironio, była pod opieką hospicjum. Ta książka to samo życie proszę Państwa. Życie, które boli i które powoli odchodzi.

Co tu dużo pisać i zachęcać - warto, po prostu warto. Warto poznać hospicjum od środka i przekonać się, że hospicjum to  życie. Może krótkie, może wyniszczone przez chorobę i lekarstwa ale to ŻYCIE - wartość najwyższa. W hospicjum pacjent ma imię, ma swój charakter, ma jeszcze marzenia do spełniania a czasem zadanie do wykonania. Hospicjum to nie zimny szpital. W hospicjum lekarz zna pacjenta, zna jego imię i towarzyszy mu do końca. Warto sięgnąć po "Zorkownię" aby pozbyć się stereotypów w myśleniu o tym miejscu. Wielu ludzi hospicjum kojarzy tylko z miejscem umierania, w którym panuje przerażajacy smutek i rozpacz. A tak nie jest.

Po przeczytaniu "Zorkowni" trochę mi ulżyło. Okazało się, że śmierć bardzo często wygląda podobnie i bynajmniej nie tak drastycznie jak w filmach zaś zwiastuny zbliżającego się końca są nieuniknione. Gdybym przeczytała "Zorkownię" wcześniej wiedziałabym więcej, być może jakoś przygotowałabym się na odejście mamy? Z drugiej strony czy można przygotować się na śmierć. Chyba nie.

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak za odszukanie mnie i za przesłanie książki. Nie wiem dlaczego zostałam wybrana ale ta książka była mi potrzebna. Dziękuję Pani Agnieszce Kaludze za bloga i za dzielenie się z czytelnikami swoimi przemyśleniami i jedynymi w swoim rodzaju migawkami z życia hospicjum.

Z tego miejsca zapraszam na spotkanie z autorką książki, które odbędzie się we wtorek 15.07.2014 r. o godzinie 17:00, w studiu koncertowym Radia Koszalin przy ulicy Piłsudskiego 41.

Swój udział należy potwierdzić telefonicznie: 94 34-70-900.

Przed spotkaniem o godzinie 14:00 odbędą się warsztaty dla wolontariuszy i osób zainteresowanych pomocą ludziom nieuleczalnie chorym, na temat: "Wolontariat- skutki uboczne."

Pozdrawiam!
Sus

niedziela, 6 lipca 2014

Panele z firan

Czuję się jak bohater we własnym domu ponieważ uszyłam panele z firan. Dla wielu z Was to pestka, pikuś i pryszcz na nosie ale dla mnie to nie lada wyczyn. Sprawa jest prosta: niczego tak bardzo nienawidzę jak szycia firan. Unikam tego jak ognia. Z dwojga złego wolę już te przeróbki krawieckie niż firany.
Mimo, że w całym domu wiszą proste, kreszowane firany to panele w oknie bardzo mi się podobają. Wypatrzyłam takie u kuzynki i postanowiłam uszy coś podobnego na... Wielkanoc :) Oczywiście nie zdążyłam ale jak widać nie ma tego złego bo jakaś nadprzyrodzona wena twórcza się we mnie obudziła i stwierdziłam, że muszę dokończyć to co zaczęłam.
Po kilku godzinach intensywnej pracy jestem szczęśliwą właścicielką całkiem fajnych paneli i patrzę na dzieło mych rąk z niemałym podziwem. JAM tego DOKONAŁA!



Wprawne oko wypatrzy pewne nierówności i odchylenia od normy ale co tam. Naprawdę nie mogę pojąć, że są ludzie, którzy lubią szyć firany - co więcej, w tym się specjalizują. Czapki z głów, szczerze podziwiam! Z perspektywy czasu stwierdzam, że urodzenie Staśka było szybsze i łatwiejsze niż szycie tych paneli o!


W ogóle to dawno się nie odzywałam i niczego nowego nie publikowałam. Przyznam się bez bicia, że przygotowywanie etasiemkowych zamówień pochłania niemal mój cały wolny czas. Szycie ze Staśkiem ryczącym i uwieszonym nogi też nie wchodzi w grę. Poza tym cały czas myślę o spódnicy dla Marty i jest mi strasznie głupio, że kurcze nie potrafię się zebrać i jej skończyć. No i zbliża się wielkimi krokami roczek Stasia a więc powoli zabieram się za organizację przyjęcia urodzinowego. Przy okazji odgruzowałam pokoik malucha (fajny składzik się w nim zrobił), wreszcie jest w miarę bezpieczne miejsce (hallo czy dla jedenastomiesięcznego szkraba w ogóle istnieje bezpieczne miejsce do zabawy?! może pokój bez kątów wyłożony miękką pianką ;)    ) do zabawy. A na deser niedawno wylądowaliśmy z młodym w szpitalu więc jak sami widzicie nie jest mi wcale a wcale nudno :] Na na szycie nie starcza czasu ale co tam, kiedyś sobie odbiję ;) Może jak Pan Stanisław pójdzie na studia?!




Migawka z życia - widok znany chyba każdemu rodzicowi ;)

Staś ma 10 miesięcy i 12 dni
 
Pozdrawiam!
Sus

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Bono... na mnie!

Umówmy się, że to będzie najkrótszy wpis na blogu - po prostu obiecany BONO NA MNIE. Ulala jak to brzmi ;)

Link do wcześniejszego wpisu -> KLIK
Tkanina: Cottonbee


 


Bluzka: made by Susanna
Spodnie: Burda
Buty: Ryłko

Pozdrawiam!
Sus


PS. Miałam nadzieję na jakieś fajne zdjęcia w plenerze ale tylko "tylko zimno i pada zimno i pada na to miejsce w środku europy"  (Kazik) więc znów jest ścianka ;)

piątek, 30 maja 2014

Mam wodę w piwnicy czyli spodnie za kostkę

Dziś na blogu będzie... GOLIZNA i będę świecić gołym brzuchem o!
W sumie to nie do końca - po prostu pokażę spodnie o których pisałam we wcześniejszym poście.

:-P
Długość za kostkę spodobała mi się gdy zobaczyłam w takowych jedną z młodych mamusiek w kościele. To takie spodnie, które mówią, że właścicielka boryka się z problemem wody w piwnicy ;)
Pierwotnie spodnie miały być długie ale ponieważ szyłam z resztki włoskiego punto (tak, tego niemechacącego się), musiałam dosztukować nogawki. Po zszyciu nie wyglądało to dobrze, sztukowanie wypadało na przodzie nogawek więc rach-ciach i co zbędne to obcięłam.
I dobrze bo taka długość genialnie pasuje do szpilek i całkiem znośnie do balerinek.



Spodnie nie są biodrówkami (nie lubię tego fasonu), mają wysoki pas i są mocno dopasowane. Są też niesamowicie wygodne i przyjemne w noszeniu. Jedyną ich ozdobą są guziczki przyszyte na dole nogawek. Zapinane z przodu na kryty zamek wszyty perfekcyjnie dzięki pomocy Majki z grupy Śląskie szyje :) Z tego miejsca chcę raz jeszcze podziękować Majce i Lilianie za wyeliminowanie problemu skręcającej się nogawki. Oj gdyby nie dziewczyny to nie wiem czy kiedykolwiek skończyłabym je szyć. Pewnie nie.


Teraz zastanawiam się z czego szyłam?! Burda, Złoty Krój czy Papavero?? Kurcze chyba z Burdy ale głowy nie dam. Zanim się uszyły bardzo długo leżały skrojone.



Stanisław dawno nie gościł na blogu. Cóż tu nowego napisać - rośnie chłopak, zrobił się bardzo kontaktowy i jest dosłownie wszędzie. Skapnął się też, że ja i on to nie jeden organizm i wpadł w lekką panikę. Teraz jest tylko MAMA i MAMA i bez MAMY ani rusz. Poza tym ciężko znosi ząbkowanie, właśnie idą mu 4 zęby naraz, ryczy z bólu, ślini się na potęgę a my powoli dostajemy na głowę. No nic, jakoś to trzeba przeżyć. Nikt nie mówił, że będzie lekko ;) W każdym razie dobrze, że dzieci nie pamiętają wczesnego dzieciństwa :D

Staś ma 9 miesięcy i 8 dni

Pozdrawiam!
Sus

środa, 28 maja 2014

Bono w wersji black&white

W sumie dlaczego by nie zaszaleć i nie uszyć sobie bluzki w nietuzinkowy i niepowtarzalny wzór?! Życie jest takie krótkie, jak szaleć to szaleć!
Więc mam już wymarzoną i jedyną w swoim rodzaju bluzkę z cienkiego woalu z czarno-białą twarzą Bono o!


Tkaninę zamówiłam (a właściwie to stworzyłam) w sklepie, na punkcie którego oszalał nasz krawiecki świat - chodzi oczywiście o Cottonbee. Kto nie zna niech zaraz pozna bo warto.




Nawet nie wiecie jak mi ręce drżały gdy zaczynałam krojenie... byleby tylko nie zepsuć i nie uronić niepotrzebnie ani jednego centymetra tej wyjątkowo dla mnie cennej tkaniny. Na szczęście bluzka ma tak prosty fason, że praktycznie nie było szans na wtopę.
Wtopa pojawiła się w momencie gdy chciałam kroić czarne dodatki, ponieważ nie znalazłam w swoich zbiorach cienkiej, gładkiej i oczywiście czarnej bawełny. Długo myślałam czym ją zastąpić, ostatecznie padło na grubą satynę, która nie ma mocnego połysku. Satyna do woalu (pod względem gramatury) pasuje jak pięść do oka ale co było robić?!


Zero zaszewek, zero niepotrzebnych cięć - wszystko po to aby lepiej wydobyć wzór. Główną rolę gra Bono i niech tak zostanie :)
Efekt końcowy póki co prezentuję na manekinie. Do bluzki szyją się już (właściwie to został mi do wszycia tylko pasek) czarne spodnie za kostkę - wówczas bluzkę pokażę na sobie. 


Pozdrawiam!
Sus

piątek, 16 maja 2014

Pomocnicy w życiu i szyciu - lampa KEMOT z lupą

Po opublikowaniu zdjęć mojej pracowni na facebookowym profilu maszyn Brother, otrzymałam kilka e-maili z zapytaniem o lampę z lupą. Swoją drogą obiecałam tę recenzję dawno temu, co ciekawe zaczęłam ją pisać gdy byłam w końcówce ciąży... trochę mi zeszło ;) Przepraszam, że tak długo musieliście czekać.

Dziś będzie recenzja produktu stricte szyciowego. Myślę jednak, że miłośnicy numizmatów, kosmetyczki czy osoby tworzące biżuterię też mogą być zainteresowane tematem.


Sprawa z lampą była prosta - zaintrygował mnie wpis na blogu M.E.L.I.
Pomyślałam, że to fajna sprawa i w sumie rzecz dla mnie przydatna tym bardziej, że przed remontem pracowni siedziałam plecami do okna i lampy sufitowej. Zwykle stanowisko pracy doświetlałam lampką biurkową, która dawała żółte światło. Mówiąc wprost dla mnie, czyli typowego ślepaka, było tego światła zdecydowanie za mało szczególnie jesienią i zimą. Teraz gdy jest Stasiek i gdy (jeśli w ogóle) szyję, robię to późnym wieczorem. I nadal siedzę tyłem do lampy sufitowej.

Pokazałam Ślubnemu wpis na blogu Renaty a ten całkiem mądrze wykombinował, że gdybym chciała to mógłby mi taką lampę sprawić na urodziny. Z radością przystałam na ten pomysł i w grudniu 2012 zostałam szczęśliwą właścicielką lampy biurkowej KEMOT z lupą 5 dioptrii, 80 LED. Dla zainteresowanych podaję też model ale nie wiem czy jest jeszcze produkowany: NAR0300.


Od razu po przytwierdzeniu lampy do blatu i włączeniu jej przeżyłam szok - jak jasno! Różnica jest kolosalna.
Lampa daje jasne i chłodne światło. Wzrok zdecydowanie mniej się męczy. Poza tym nawet w nocy jestem w stanie odróżnić nitkę granatową od czarnej - kiedyś było to niemożliwe. Z lupy korzystam sporadycznie, używam jej np. podczas prucia.


Poza jasnym i intensywnym światłem za ogromną zaletę uważam możliwość dopasowania lampy do niemal każdej pozycji czyli mogę ją skręcać, wykręcać i przekręcać pod wieloma kątami. Ramię obraca się dookoła własnej osi i zgina w dwóch miejscach zaś główka lampy w jednym. Główka przekręca się w prawo i lewo zatem można doświetlać także z dołu.
Lampę przykręca się do blatu za pomocą śruby.
Co prawda lampa jest wyprodukowana w Chinach ale naprawdę nie ma się do czego przyczepić jeśli chodzi o jakość wykonania. Wygląda porządnie i solidnie, jest prosta, funkcjonalna i łatwa w utrzymaniu czystości (wystarczy przetrzeć wilgotną ściereczką).



Ramię musi mieć miejsce do zgięcia - sprawdźcie czy macie go wystarczająco dużo

Otwarta "troszeczkę" przywodzi na myśl muszlę sedesową ;)


Doświetlanie w pochmurny dzień
Moja lampa została zakupiona na allegro ale widziałam podobną w hipermarkecie JULA - była tańsza ale odniosłam wrażenie, że nie była tak starannie wykonana. W każdym razie można sprzęt zobaczyć i ewentualnie podjąć decyzję: kupić czy nie kupić.

Czy warto zainwestować w lampę z lupą i oświetleniem LED?
Moim zdaniem tak. W końcu jest to inwestycja na lata. Poza tym wiele z nas szyje w kącikach, na parapetach,  dostawkach, małych pokoikach itp. czyli tam gdzie jest odrobina miejsca na postawienie maszyny. Miejsca te są przeważnie słabo oświetlone i trzeba je dodatkowo doświetlać. Wiele z nas szyje późnym wieczorem lub nocą a wówczas jasno oświetlone stanowisko pracy to podstawa.

Podsumowując: nie wyobrażam już sobie bez niej szycia. 

Pozdrawiam!
Sus

wtorek, 29 kwietnia 2014

Anna Moda na szycie nr: 2/2014 - klasyczna moda letnia

Kto szuka skomplikowanych krojów i mody wprost w wybiegów ten może przestać czytać, bowiem w Annie Modzie na szycie znów klasycznie, tradycyjnie i jak dla mnie ponadczasowo.


Dla mnie ponadczasowo a dla kogoś innego nudnie. Niemniej cały czas jestem zdania, że nawet najprostsza sukienka może wyglądać jak od D&G pod warunkiem zastosowania odpowiedniej tkaniny. Nie inaczej jest w przypadku klasycznych krojów z Anny. Tkaniną można uzyskać efekt WOW ale można też, mówiąc po śląsku, zmaścić sprawę.

Drugi numer tego kwartalnika znajdziecie już w kioskach. Znów kupiłam w ciemno i znów się nie zawiodłam. Po prostu wiem, że znajdę tam coś dla siebie. No dobrze ale jestem stateczną matką-mężatką po 30-tce. Myślę, że młodsze koleżanki (i te z polotem) mogą się zawieść i odpuszczą sobie zakup.
Kto jednak szuka klasycznej mody letniej tego zapraszam do oglądnięcia moich typów:










Pozdrawiam!
Sus

PS. W Annie podoba mi się tak że to, że modelki nie przybierają dziwacznych póz - po prostu stoją i prezentują ubranie.