Imprezę prowadził nasz instruktor tańca. Prócz średniozaawansowanych (czyli my) była też spora grupa "świeżynków" oraz "starzy wyjadacze"... parkietów :) Szczeny nam opadały gdy patrzyliśmy jak inni z wdziękiem, gracją, lekkością i totalną swobodą pląsali w rytm samby czy salsy albo raz za razem okrążali parkiet tańcząc walca wiedeńskiego. To nie byli tylko ludzie młodzi ale też pary po 50-tce z lekką nadwagą ;) Mówię Wam - piękna sprawa!
My się uczymy, kroki mylimy ale przynajmniej jesteśmy coraz bardziej swobodni. I o to chodzi.
Sukienka spisała się na medal, bardzo dobrze się w niej czułam. Zauważyłam jeszcze jeden plus - nie trzeba jej w ogóle prasować :D
Przepraszam za zdjęcia... był wieczór, światło beznadziejne a poza tym moja wizja zdjęć (czyli prosto i bez wymyślnych póz) ni jak nie pokrywa się z wizją zdjęć Maćka... Ale OK, nie marudzę za bardzo bo się zbuntuje i następnym razem będę musiała paść na kolana i błagać: "zrób mi zdjęcie na bloga"...
















